mp
   

 

FOTOREPORTAŻE

 
 
       
 

AfrykaTanzania

 

Oprócz tego, że Tanzania znajduje się w Afryce, niewiele wiemy o tym kraju, nawet Kilimandżaro w powszechnej opinii leży w Kenii, a szkoda… Jest to kraj z bogatą fauna i florą, które możemy podziwiać w parkach narodowych, m.in. w najsłynniejszym Parku Narodowym Serengeti, o urozmaiconym krajobrazie z biegnącym z Jordanii do Mozambiku Wielkim Rowem Afrykańskim. To kraj z przepysznym jedzeniem, bogato doprawianym rosnącymi tam przyprawami (słynie z nich głównie Zanzibar). Spośród krajów Afryki Wschodniej, Tanzania może pochwalić się największą powierzchnią zajmowaną przez rafy koralowe. Ale Tanzania to również ludzie, przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców, kolorowo ubrani i na każdym kroku próbujący nam coś sprzedać..........

Dlaczego Tanzania stała się celem wyprawy ? Otóż wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po górach w Austrii, Włoszech, czy Bułgarii przyszedł czas na coś bardziej egzotycznego, zresztą dodatkowego smaczku dodawał fakt, że Kilimandżaro jest jedną z gór Korony Ziemi i jednocześnie największą samodzielną górą świata.
Tanzania przywitała nas bujną, kolorową roślinnością, słońcem i 30-stopniową temperaturą. Jakże miła odmiana od polskiej zimy, która w momencie wyjazdu, a była to połowa stycznia 2011, gościła w Polsce na dobre.

 

 
 
Nasz 3-tygodniowy pobyt w sercu Afryki zaczęliśmy od trekkingu na Meru, piątej pod względem wysokości afrykańskiej góry. Właśnie taki sposób wybraliśmy na aklimatyzację przed zdobywaniem Kilimandżaro, pięknej i zapierającej dech w piersiach, najwyższej góry kontynentu afrykańskiego. Szlak na Meru nie jest trudny technicznie, przed wyjazdem wystarczy popracować nad kondycją, żeby wędrówka była czystą przyjemnością. Początkowo trasa wiodła przez wysoki las deszczowy, gdzie mieliśmy okazję obserwowania żyjących w naturalnych warunkach żyraf, zebr, bawołów czy guźców oraz niezliczonej ilości różnobarwnych ptaków, np. nierozłączek, wikłaczy czy żołny. Właśnie z uwagi na dziką zwierzynę, trekking odbywa się w obowiązkowej asyście uzbrojonego strażnika parku. W zachwyt wprawiała przepiękna roślinność i kolorowo kwitnące krzewy. Pogoda nas rozpieszczała więc i humory dopisywały. Po pewnym czasie bujna roślinność zamieniła się w teren skalisty z niskopienną roślinnością, a temperatura obniżyła się i trzeba było sięgnąć do plecaków po ciepłą odzież. Ścieżka prowadziła zakosami pod górę. Na zboczach rosły olbrzymie lobelie, rośliny na stosunkowo cienkich łodygach, z których wyrastały olbrzymie kielichy zakończone zielonym pióropuszem. Widok iście bajkowy.
Po dojściu do schroniska Saddle Hut (w drodze na Meru śpi się w schroniskach, więc można powiedzieć, że warunki są wręcz luksusowe) w ramach „rozgrzewki” jeszcze przed wejściem na właściwy szczyt, ‘’zdobyliśmy’’ Małe Meru (3801m npm). Potem mieliśmy parę godzin odpoczynku, teoretycznie na sen. Osobiście nie zmrużyłam oka, a już o godz. 1-szej w nocy, po wypiciu gorącej herbaty i zjedzeniu herbatników, rozpoczęliśmy wędrówkę na Meru. Była pełnia więc zabrane czołówki okazały się bezużyteczne, księżyc dokładnie oświetlał drogę, a na niebie świeciło tysiące gwiazd. Pogoda nam sprzyjała, było cicho i bezwietrznie, nawet brak snu nie dawał się we znaki. Powoli, w równym tempie, zdobywaliśmy wysokość (po raz pierwszy przydały się kije trekkingowe, kupione z myślą o tym wyjeździe). Zgodnie z planem, przywitaliśmy wchód słońca na szczycie na wysokości 4562m, pokonując ostatnią prosta prawie biegiem. Nagrodą były przepiękne widoki, z majaczącym w oddali szczytem Kilimandżaro. Krótką przerwę obowiązkowo wykorzystaliśmy na robienie zdjęć i energetyczny posiłek przed wędrówką w dół. Schodząc już w pełnym słońcu, mogliśmy dokładnie zaobserwować otaczający nas niesamowity skalny krajobraz z kraterami wygasłych wulkanów włącznie.
 
 
 
Trekking na Kilimandżaro, wygasły wulkan pokryty czapą śniegu i lodu trwał 6 dni. Na początku drogi czuliśmy się jak bohaterowie filmu Avatar. Olbrzymie drzewa porośnięte mchem, zwisające do ziemi liany, a dodatkowo niesamowity zapach lasu; jednym słowem Avatar w 4D. Droga upływała nam leniwie na podziwianiu przyrody i pstrykaniu kolejnych fotek. Od czasu do czasu spomiędzy drzew wyłaniało się Meru. Zachwycaliśmy się kolorowymi ptakami, różnorodnością kwiatów i roślin, które w Polsce hoduje się w doniczkach. Tutaj rosły one w lesie i osiągały nienaturalne rozmiary. Na wysokości ponad 3000m nasz podziw  wzbudzały lobelie, których było zdecydowanie więcej niż w drodze na Meru. Cały czas szliśmy metodą "pole, pole", w tłumaczeniu z suahili "wolno, wolno". Nasi przewodnicy tłumaczyli, że jest to najlepszy sposób wchodzenia na szczyt – a więc spokojne tempo, które daje organizmowi czas na aklimatyzację. Podobno sporo Rosjan nie wchodzi na szczyt, właśnie z uwagi na zbyt duży pośpiech. Czwartego dnia doszliśmy do obozu na wysokość 4600m. Wiatr wiał niemiłosiernie. Namioty były rozstawione pomiędzy skałami i chyba tylko dzięki temu, na ostatnich śledziach trzymały sie podłoża. W nocy wiatr się jeszcze wzmógł i kilka razy trzeba było wychodzić i przy użyciu głazów przybijać fruwający tropik. Spanie w takich warunkach oznaczało tylko krótkie drzemki. Atak szczytowy miał miejsce piątego dnia, a w zasadzie nocy, bo tak naprawdę wyszliśmy o północy, ponownie z założeniem dotarcia na szczyt o wschodzie słońca. Droga dłużyła się niemiłosiernie, niestety warunki pogodowe zdecydowanie odbiegały od tych panujących na Meru. Silny wiatr stawiał opór na każdym kroku powodując, że piach i kurz wdzierały się do nosa, uszu i oczu. Na szczyt (5895m npm) dotarliśmy zmęczeni, z umorusanymi twarzami ale szczęśliwi, że się udało zrealizować plan. Wreszcie sen o zdobyciu Kilimandżaro stał się jawą. Po niecałej godzinie przerwy i zrobieniu pamiątkowych zdjęć, rozpoczęła się nasza wędrówka w dół. Na szczęście nie mieliśmy kłopotów ze zdrowiem, dobrze znosząc wysokość, widzieliśmy jednak kilka osób bardzo osłabionych, które z góry były prawie znoszone.  Ponownie pył dostawał się do oczu, dobrze że chociaż świeciło piękne słońce co zdecydowanie umilało schodzenie. Na campie, po krótkim odpoczynki i szybkim obiedzie, spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy, w dalszą wędrówkę w dół. Do przejścia pozostało nam ok 2 tys. metrów przewyższenia.
 

Mając za sobą 10-dniowy trekking, przyszedł wreszcie czas na rekreacyjną część naszego wyjazdu. Najpierw wzięliśmy udział w 3-dniowym safari. Spośród szeregu możliwości, wybraliśmy Parki Narodowe jezioro Manyara i krater Ngorongoro. Ilość zwierzyny, którą na co dzień możemy oglądać w zoo lub na telewizyjnych kanałach geograficznych, wprawiła nas w osłupienie. Słonie, żyrafy, lwy, hipopotamy, bawoły, antylopy i wiele, wiele innych zwierząt – mieliśmy je wszystkie prawie na wyciągnięcie ręki. W Parku Narodowym jeziora Manyara, które z uwagi na bardzo skąpe opady w czasie ostatniej pory deszczowej było niewielkie, mieliśmy możliwość oglądania m.in. wzbijającego się w powietrze stada flamingów, natomiast w kraterze Ngorongoro, który ma ok. 260km2 powierzchni i 610 metrów głębokości, widzieliśmy jak hiena z powodzeniem poluje na antylopy.

Nasz wyjazd zakończyliśmy na Rajskiej Wyspie Przyprawna Zanzibarze, którą trafnie spuentował Grzegorz Turnau w jednej ze swoich piosenek:

_________________

" Bo na plażach Zanzibaru, kiedy nadmiar wód, 
taki nadmiar wód obszaru dla chwil paru.
Gdzie powietrza woń nektaru, a nie baru,
ach, na plażach, być na plażach Zanzibaru."

 
 
Aby jednak nie spędzić całego czasu na plaży, co też pewnie miałoby swój urok ;) wybraliśmy się m.in. na wycieczkę po plantacjach przypraw. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda drzewko cynamonowe oraz  rosnące goździki, które przed wysuszeniem mają piękny malinowy kolor. Po skosztowaniu mleczka kokosowego ze świeżo ściętego owocu, znaleźliśmy się w świecie mnóstwa przypraw i bajecznie smakowych kaw i herbat. Nie można było zmarnować takiej okazji, więc zrobiliśmy tam naprawdę duże zakupy. Skusiliśmy się również na propozycję pływania z delfinami, co nie do końca spełniło moje oczekiwania. Delfiny owszem, widzieliśmy z bliska. Jak tylko podpływały w pobliże naszej łódki, na hasło przewodnika skakaliśmy do wody. Niestety powodowało to ich natychmiastową ucieczkę w głąb oceanu, i nasze rozczarowanie... no bo jak w takiej sytuacji mieliśmy dogonić te sympatyczne ssaki....  na tym kończyła się cała zabawa. Hmm ... a  może właśnie o to delfinom chodziło…? Na szczęście udało się choć trochę poobserwować stadka delfinów z gracją wyłaniające się z wody.
 
 
Nie da się podsumować tego wyjazdu jednym zdaniem. Na pewno była to doskonała okazja do ‘’naładowania swoich akumulatorów’’ na dalszą część zimy, okazja do wyciszenia się i nabrania dystansu do codziennych problemów, ale też możliwość poznania wspaniałych ludzi, którzy mimo że ubożsi w dobra materialne tego świata, wydają się być od nas szczęśliwsi, żyjąc spokojniej, bez pospiechu. Przez 3 tygodnie naszym oczom ukazywały się niesamowite obrazy i bajeczne widoki. Doświadczyliśmy zarówno żaru lejącego się z nieba na Zanzibarze, jak i przeszywającego zimna podczas wspinaczki na Kilimandżaro. Na długo pozostaną w naszej pamięci wyraziście przyprawione potrawy i zapach dojrzałych w słońcu owoców. Wyjazd ten bardzo rozbudził naszą wyobraźnię i zainspirował do snucia dalszych planów podróżniczych i realizowania ambitnych celów urlopowych.
 

Autorka Alina Wyciechowska to zapalona podróżniczka i wielbicielka słodkości. Zawodowo realizująca się w korporacji, a po godzinach instruktorka fitness. Miłośniczka aktywnych form spędzania wolnego czasu: w kajaku, na rowerze, na nartach, pieszo, a od niedawna wspinaczki górskiej.

 

Muzyka:   Bjorn Lynne ‘’ Earth Child ’’,   Piotr Pacyna ‘’ The Jungle Totem ’’

 
 
 
SPONSORZY:          
         
india          
 
PARTNERZY:    
 
logo berlin   Niemcy   HMK   parislogo   Dorrian  
   
tcflogo lufth logo PodrozeLiterackie mice logo
   
ZOOVER vclogo ToneryPoznan
   
Rynek Podrozy olympus
 
© 2010 - 2012 All Rights Reserved MEDIA PRODUCTION Beata Maćkowiak